widziane, czytane - pisane
detale
raporty ambroży
widziane, czytane - pisane
podobne
Letni dech, wdycham wraz z szumem, szelestem przewalających się drobnych - jak gdyby na wzór oceanowych fal - kształtów, pędzących dość szybko strumieniem przez kamienie, obalone bale. Niegdyś sterczących, teraz gnijących drzew. W korycie wydrążonym przez nadmienione kształty, goniące wiekami tony przelewającej się przezeń wody.
W korycie rzeki, Wisły. Przy której właśnie chcę rozłożyć niedoskonałość - własne ciało.
U stóp natury - niszczonej przez człowieka.
Składając swe ciało na brzegu, leżę wśród darnin poszarpanych wiatrem, w piasku, co trzeszczy pod moim ciężarem. - Myśląc - rzucając spojrzenie na otoczenie, widząc, że brudne człeka stopy nie drepczą aż tak rozlegle i gęsto, że choć umorusały większą część tego świata, pozostawiły miejsca dzikie - nader piękne.
Z pewnością nieświadomie, bo świadomie po wszystkim drepczą, wszystko degradują z uśmiechem na twarzy.
Kiedy leżę tu, niezrozumiale w miejscu odległym, próbując zrozumieć własne myśli, podpierając głowę bluzą zwiniętą w rulon, chcę przeczytać ‘w słońcu’ mieniącą się ‘róże’, co na skraju lasu od strony rzeki kwitnie. Niestety zbyt cudowna jest, moja uwaga pochłania jej urodę na tyle, ze skupić - na literach, wyrazach, zdaniach, wersach wiersza - się nie może.
Nie mogę nawet wtopić się jednym ciągiem myśli w otoczenie, dopadło mnie rozkojarzenie.
Dziwaczne poczucie chęci skupienia na tak wspaniałej chwili, odbija się, od samej chęci skupienia - stając na dominujących myślach o skupieniu. Rozkojarzenie w tej chwili wydaje się być wysokiej klasy skupieniem, górującym nad olśniewającym otoczeniem.
Które mimochodem napawa oczy urokiem, karmiąc duszę pejzażem rozciągającym się wzdłuż linii brzegu – jednemu i drugiemu, temu mi bliższemu i temu odległemu - pomiędzy którymi ryby niewidziane wzrokiem pasą się jak na łące hodowlane zwierzęta. Pod taflą pędzącej wody, przypominającej obłoki zlane w ogromnego kumulusa - będącego ostoją chłodu nad polaną dla pasących się zwierząt i pasterza, po gorącym dniu. W którym to słońce się nuży, zanurzając do połowy w wodzie, daleko na skraju rozwijającego się wzdłuż brzegu lasu. Blaskiem już czerwieni, rozświetlając tafle wody w kolorze ciemnej purpury. Pozostawiając dnia ostatki w złoto-czerwonym rozblasku.
Łapie znów w oczy „róże” – czytam ją. Pomimo problemu ze zrozumieniem, czytam raz następny, następny i następny. Radując się jej sensem i treściami miedzy wierszami. Chwytam następny wiersz, czytam podobnym sposobem – wielokrotnie - już nie walcząc ze skupieniem, a z mnogością interpretacji. Zapominając o sobie i miejscu w którym się znajduję. Wkroczyłem w głębokie strony tekstu, przewijające się jedna za drugą w palcach niecierpliwych, poganianych przeze mnie samego - wplątanego w ich odmienny świat, obraz? Ukształtowany pisanym słowem. Zatraciłem się w krainie zbudowanej przez poetę, w której żyć jest łatwo, a umierać nie jest trudno.
Krocze krainą tą nie ludną, w którą dopiero co wstąpiłem, a już jestem z niej wyrwany. Dobiega mnie głos - niesiony przez wodę. - Wytrącony nim z kartek wzrok, podnosi się pod prawie schowane za horyzontem w wodzie słońce, na którego tle czarny kształt podłużny sunie po rzece, rzucając cień pasiasty, tłoczący się w falach rozbijanych dziobem łódki - na której stoi rybak rozwijający swą sieć.
Nie wrócę już dziś tam, skąd mnie wyrwał. Wrażeniem byłem tam tak krótko, choć wskazówki zegara zrobić zdążyły ponad jeden obrót, to wydawało się ze minął co najwyżej kwadrans.Rękoma wsparłem się i usiadłem, schowałem do lezącego obok mnie plecaka książeczkę i wyjąłem przedmiot niewielki. Położyłem go na kolanach i spokojnie obserwowałem otoczenie, i rybaka na swej łódce.
Dostrzegł mnie, krzyczeć zaczął – pomylił mnie z kobietą. Z pewnością przez długie rozpuszczone włosy, które to zaczęły właśnie powiewać w wietrzę niosącym mrok i zapowiadającym chłodny wieczór. Rybak, bardzo chciał nawiązać kontakt, zaczął zwijać sieć i płynąć w stronę brzegu, ku mnie. Podniosłem się więc, wziąłem przedmiot z kolan, włożyłem słuchawki biegnące od niego w uszy, zaś go samego schowałem do kieszeni. Założyłem bluzę, a następnie plecak i udałem się zanurzając po kostki w zakurzonej trawie - wprost do lasu. Drepcząc nie za szybko, wkroczyłem weń z myślą ze moje stopy nie mniej czyste od tych wspominanych co niszczą. Zaś za plecami miałem wciąż wołania rybaka.
Trzaska mi pod stopami chrust, mijam drzewa, szumią tuż nade mną liście. Co na koronach drzew wyglądają jakby szurały po firmamencie, jakby poganiały pędzące po nim chmury. Idę dalej – staram się nie myśleć. Błękit nieba miesza się z granatem i wcieka pomiędzy korony drzew.
Zakrada się tuż za mną, krokiem w mój krok - ciemna noc. Mijam drzewa młode, drzewa stare. Dęby potężne, szerokie w pniu, stwarzające kształtem klimat grozy. Wyjmuje z uszu słuchawki - nie słuchając muzyki na nie wiele się w uszach zdają. - Ta czynność wpływa na wyostrzenie zmysłu. Słyszę plamy dźwiękowe, każda inna, z innej strony – jestem w centrum systemu dźwiękowego, wzbogaconego efektem echa. Powtarzające się frazy ćwierkania ptaków ze wszystkich stron, podbite basowym huhaniem sowy, kiedy gdzieś pomiędzy plamami, dobiegają z oddali ostatnie miarowe uderzania dzięcioła, co sprawnie wzbogaca tę kompozycje. Nieskoordynowana naturalna muzyka ambientowa, wypełniła moje uszy.
Zatrzymałem się, słucham. Kręcę się wokół własnej osi, co wzmaga efekt dobiegającej mnie muzyki. Głowę odchylam do tyłu - wszystko wiruje – niebo obsypało się już gwiazdami, które w wirze zostawiają za sobą smugi, tworząc lej – tudzież dzwon - który nade mną wisi z zamiarem opadnięcia i zamknięcia mnie w dźwięcznej leśnej przestrzeni.
Uśmiech pojawia się na mej twarzy (chichoczę), opanować bezdźwięczny śmiech jest trudno. Ustaję – kręci mi się w głowię – nie ma na co czekać! Zakręconym krokiem maszeruję dalej przez ten gaj.
Docieram w miejsce nieoczekiwane, widać zboczyłem z kierunku, który miał mnie doprowadzić do domu. Przede mną, za gałęziami – przez które się przedzieram – rozpościera się obraz malowany pędzlem natury. Wryty w ziemię mam przed sobą rozlaną granatową farbę, gładką i mieniącą się jak tafla lodu. Wokół niej niestarannie nabazgrane drzewa; jedne jak żywe, inne jak martwe konary poobalane przez bobry; te drugie gdzieniegdzie wystają z wody, w której odbija się w całości olbrzymi księżyc, zawieszony całkiem niewysoko, nad drzewami.
Z wrażenia usiadłem na konarze obalonym nieopodal. Stanowił część tamy, woda się pod nim przelewała - tama pracowitych zwierzaków przeciekała; choć widać było że łatana podtrzymuje to starorzecze przed rozlaniem się, i utworzeniem mało korzystnego dla życia jak i oka bagna.
Zdumiony, siedzę, wspominam drogę, którą pokonałem by dotrzeć nad Wisłę. Wspominam mijane sady, lasy, i wąwozy którymi schodziłem w stronę rzeki. W ustach wciąż mam smak dymu, który mi towarzyszył przez całą drogę, wraz z dźwiękami ze słuchawek.
Pokonując tamtą drogę cieszyłem się z piękna dnia, docierając na miejsce i dalej cieszę się z piękna natury.
Wyjąłem z kieszeni papierośnicę, z niej kolejnego blanta. Zapaliłem, podniosłem spojrzenie leniwie w górę, zalał mnie dreszcz – widziałem piękno niecodzienne. - W księżycowym świetle zawijał się tuż nade mną dym, z żarzącego się w palcach skręta. Odchyliłem się, ogarnąłem wszystko jeszcze raz wzrokiem mówiąc w głębi siebie radośnie;
- Przyszedłem na ten świat -- i nie chcę go porzucić!.
Lato, 2010
- 674 odsłony

