walcząc ze snem
detale
raporty ambroży
walcząc ze snem
podobne
Zdecydowałem, że wrócę pieszo z imprezy u S., do mieszkania wynajmowanego przeze mnie na spółkę, wraz ze znajomą, ale gdy zaczęło padać, pożałowałem, że nie zadzwoniłem po taryfę lub jakiegoś znajomego.
Kiedy dotarłem do mieszkania, okazało się, że zapomniałem wziąć kluczę do drzwi wejściowych – ukoronowanie wieczoru zepsutego całkowicie przez znajomego i byłą dziewczynę. Na szczęście ktoś był w domu, słyszałem dobiegającą z wnętrza, cicho grającą muzykę; musiałem dzwonić kilka razy, nim drzwi zamknięte na łańcuch uchyliły się na kilka centymetrów i twarz W. wyjrzała z lękiem przez otwór. Roześmiałem się.
– Ach, to ty.
– Przepraszam bardzo, zapomniałem klucza.
Wtem otworzyła drzwi, wołając przez ramię.
– OK, to swój. – wyjaśniła z chichotem: – Myśleliśmy już ze to jakaś menda. Palimy.
– Palicie? – W czasie wypowiadanego zapytania, pochwyciłem nozdrzami zapach słodkawy, wonny, drażniący gardło.
– Aj, co za pytanie.. hehe… – chichot mógł zabrzmieć dziwacznie, jak u osoby zmieszanej, i właściwie taką byłem.
– Palisz…?
– Dziękuję, ale nie dziś. To znaczy nie…
Zająknąłem się. W. się roześmiała.
– To może kawy się napijesz…? Jaranie nie jest obowiązkowe.
– Ba, i owszem. Ale to już sam sobie zrobię, bo tez głodny jestem. Nie przeszkadzajcie sobie…
Nie mogłem nie zauważyć, ze W. wygląda niesłychanie ponętnie tego wieczoru w białej koszulce sięgającej prawię do kolan; długie brązowe włosy opadały luźno na ramiona, oczy miała jasne, rozszerzone.
– Zanim jednak wypije kawę – dodałem szybko.
– Została pizza jeszcze. Jesteś zainteresowany…? Nie musisz sobie już nic o tej porze przygotowywać.
Ok. Nawet mi to na rękę. Poszliśmy przez przedpokój, niesamowicie oświetlony dużą pomarańczową kulą zawieszoną przeze mnie pod sufitem; przedpokój umeblowany tylko małymi półeczkami, podpierającymi ściany. Do dużego pokoju. Całe mieszkanie było zaniesione brzmieniem płaczliwej rockowej muzyki, przewalającej się w kłębach dymu. W dużym pokoju, na ścianach widnieją plakaty PF. A podłoga – nie jak co dzień – była zaśmiecona, popielniczkami, talerzami, filiżankami, książkami i pudełkami z płytami włącznie. W pokoju było trzech nieznanych mi kolegów W., i dwie dziewczyny. Te ostatnie, już mi znane z wielokrotnych odwiedzin mojej współ lokatorki. W. przedstawiła mnie swoim znajomym, których imiona szybko zapomniałem, rozróżniając ich tożsamość według ubioru – jeden miał na sobie coś na kształt kurtki przypominającej mundur, oficerem się stał w moim mniemaniu na cały wieczór, drugi w zielono jaskrawych skarpetach i poszarpanych spodniach już z wyglądu wydawał się być zabawny, a trzeci, w luźnym stroju był hip-hop’owym ziomalem z osiedla – na takiego przynajmniej mi wyglądał. Usiadłem wygodnie na łóżku, czując, jak bluzy ramiona podjechały mi pod same uszy. Zdjąłem ją czym prędzej. Czemu mam się czuć nie zręcznie w swoim mieszkaniu? Rozsiadłem się w otoczeniu luźnym, i jakże ciekawym pod względem towarzystwa. W. podała mi talerzyk z pizzą, a ktoś inny butelkę zimnego, zielonego, piwa. Gdy przystąpiłem do konsumpcji, rozpalony został kolejny skręt, podawany z ręki do ręki, dotarł do mnie. Odmówiłem. Jak zjadłem, podano mi go raz następny… za namowami skusiłem się, i zacząłem palić wraz z resztą bandy. Wypuszczając kłęby dymu w powietrze, opowiadałem w sposób humorystyczny, jak to było nieciekawie na imprezie z której to właśnie wróciłem.
– Chciałeś ją wyrwać? – zapytał Dres.
– Nie, nie, wpadłem w pułapkę. W rzeczywistości ona wcale nie jest taka zła, jak ją tu namalowałem.
W. spojrzała na mnie zaniepokojona.
– Nie wiedziałam.
– O czym?
– Nieważne.
– Nie usprawiedliwiaj jej – powiedział człek w mundurze. – Jest ździrą, i tak już jej zostanie.
– Znam ja takie – mówił poszarpany dżins w zielonych skarpetach. – Dla takich nie ma litości…
– Co? Chyba przesadzasz… – Zaniosłem się śmiechem.
– Niech się pieprzy.
– O rany – Jedna z dziewczyn wzdechnęła. Na co W.:
– Dajmy temu już pokój.
– A co na to mówca?
– Zgadzam się. Zakończmy temat.
– Żartujesz sobie z nas? Teraz? – niedowierzał Dres.
– No teraz, toć nie jutro.
– Czy wszyscy się na to zgadzają? – Nie dawał za wygraną.
– TAK! – chórem nadciągnęła odpowiedź zgromadzonych.
– OK., OKEY. – posmutniał w momencie.
Zapytałem się wszystkich, czy zamierzają jeszcze coś dziś wieczór mocniejszego pić. Na co odpowiadali polifonicznie…
– Nie, nie wiem. Może…
Każdy z nich, okazało się później, miał poukrywane w kurtkach zapasy mocniejszego alkoholu. Gdy przystąpiliśmy do nich, impreza, spotkanie niedzielne, zaczęło przybierać coraz dziwniejsze kształty. Zaczęliśmy grać w przeróżne słowne gry. Każdy z osobna wymyślał co chwila nowsze, i jeszcze dziwniejsze zabawy. Mundurowy i Zielone skarpety, co było bardzo ciekawe, wygrywali we wszystkich rozgrywkach; w pewnej chwili zaczęli konkurować, walcząc o względy pań. – Z czego nie zdawali sobie sprawy, ze wyglądali przekomicznie śmiesznie.
– Jak my te wszystkie gry ponazywamy…?
– Obawiam się, ze jutro o ich istnieniu będziemy wstanie niewiele powiedzieć.
– haha… Tak, beż kitu. Racja.
– Widzisz, zawsze mam racje – powiedziała jedna z dziewczyn do Zielonych skarpet. – To już tak jest, ze ja się nie mylę.
Coraz bardziej impreza zaczęła się rozchodzić w tego typu kierunki, dziwaczne zdania, dziwaczniejsze tematy – w amoku całej sytuacji, zapominając o dobrze ogólnego nastroju. Zaczął krążyć kolejny skręt, każdy zaciągnął się po kilka razy. Wszyscy zwolnili tępo i wskoczyli na poprzedni, spokojny, tor spotkania domowego. Dobrze, towarzystwo ucichło, może sąsiedzi na policje nie zadzwonią. Jeszcze chwila hałasów z przed paru minut, i tylko im wiadome by było ile wytrzymają, za ile sięgną po telefon i wybiorą numer na policje.
Starałem się mówić powoli i wyraźnie, pytałem z ciekawości i chęci nawiązania kontaktu z wyciszoną grupą:
– Z jakiejś konkretnej okazji jest ta impreza…? Czy może jest to spotkanie…?
– Przychodzisz bo chcesz się pozbyć zahamowań.
– Pokonać samotność. Pokonać strach przed miłością.
– Odkryć swoje ciało.
– Zrozumieć, co naprawdę Cię gryzie.
Wymieniali, wprawiając mnie w osłupienie.
– Najgorszy jest początek – mówił Dres. – Kiedy cały czujesz się zimny, sztywny i żałujesz, że przyszedłeś.
– Na ostatnim spotkaniu, które sobie urządziliśmy – powiedział Mundur, otoczony dwiema dziewczynami w uśmiechach. – nie wiedzieliśmy kto będzie liderem grupy, a on celowo się nie ujawnił, i wszyscy siedzieliśmy tam przez bitą godzinę w całkowitej ciszy.
– To nawet ma sens. – Powiedziałem, po czym wybuchłem gardłowym śmiechem. Ale wszyscy dziwnie się nastroili, nie zważając na ironiczny śmiech.
W. Śmiała się podobnie jak ja. Nie wiedziała o czym mowa, wskazywały na to jej wielkie, przerażone, oczy.
Dalej jednak głos pewny mówił:
– Nasz lider miał dobry pomysł przełamania lodów. Wszyscy musieli opróżnić portfele i wyłożyć ich zawartość na stół; jak również oddać pod kontrole telefony. Pomysł polegał na całkowitym obnażeniu się, żeby każdy mógł zobaczyć, co inni ukrywają. Takie rzeczy jak prezerwatywy, tampony, zdjęcia z dzieciństwa, esemesy lubieżne czy dziwaczne korespondencje, wszystko. To była myśl, nie macie pojęcia. Na przykład jeden z moich znajomych miał zdjęcie kolesia na basenie, całkiem gołego, tylko przepasany kark miał ręcznikiem w seksowny niby sposób. Okazało się, że to był jego wuj. Śmiech niecodzienny. Wyobrażacie to sobie? Co wy na to…?
– Ale jaja, nie mogę, to jest świetne. – Powiedział człowiek w Zielonych skarpetach.
– To jest myśl…To jest kmina… haha
– Zróbmy to teraz – powiedziałem szyderczo. Racząc wszystkich niewyraźnym uśmieszkiem. Rzuciłem telefon i portfel na stolik.
– Nic z tego – wyrzekła W. – To na nic. Niczego nie można tu znaleźć. Wszystko bardzo nudne.
– Cały ja. – westchnąłem. – Kto następny?
Niebyło chętnych, raz – nikt nie posiadał portfela, dwa – widać było, ze nikt nie brał tego na serio. Po czym Dres zaczął nadgorliwie:
– To straszna bzdura… Nie lepiej poznać od razu język ciała?
Wszyscy zanieśli się śmiechem w którym trwali dłuższą chwilę. W. w tym czasie dalej przeglądała zawartość mojego portfela.
– To ty…? – Zapytała, trzymając w dłoni moje zdjęcie z dzieciństwa.
– Tak. Wtedy jeszcze miałem w sobie coś z ładności. Byłem małym przystojniakiem. – Odrzekłem żartobliwie.
– Myślę, że i teraz jesteś przystojny. – Pochyliła się i pocałowała mnie w usta.
Odczułem fizyczną przyjemność: ciepłe, topniejące uczucie, które zaczęło się gdzieś, głęboko we mnie i rozprzestrzeniało się na zewnątrz, delikatnie słabnąc, gdy dotarło do kończyn. W tym jednym pocałunku, kryła się niewymowna ilość serotoniny. Nie miałem odwagi spojrzeć na W., tylko tchórzliwie patrzyłem na swoje buty, osłupiały, z płonącymi uszami. Dureń! Debil! Tchórz!
– Patrzcie, pokaże wam – bredził szybko Dres zdejmując bluzę. Wstał i odgarnął nogą brudne naczynia i śmieci zalegające podłogę. W. zebrała talerze i wyniosła je do kuchni. Poderwałem się, wyprzedzając ją, pospiesznie otworzyłem drzwi od kuchni. Pomyślałem ze może nawet zabiorę się za zmywanie tych naczyń, dziwnie się obawiałem tych zabaw, obcowania z językiem ciała.
– To ja to wszystko jeszcze dziś pozmywam, zaraz, już w sumie. – Bredziłem nerwowo.
– Ach, daj spokój, jutro to zrobimy.
– Mogę pozmywać, wiesz – przymilałem się. – Nawet to lubię, naprawdę.
W. roześmiała się, ukazując dwa rzędy białych zębów. Jeden z górnych siekaczy był krzywy. Jest to jej jedyna skaza, jaką w niej mogłem kiedykolwiek dostrzec. Stanęła przede mną, piękna, jak z plakatu, w białej koszulce opadającej do nagich kolan.
– Zostawmy je tutaj.
Wróciliśmy do pokoju. Po środku stali dwaj zwariowani znajomi, odwróceni plecami do siebie.
– Wszystko co trzeba zrobić, to porozumiewać się ocierając się o siebie – wyjaśnili, dopasowując czynności do słów.
– Kręgosłupem, łopatkami…
– Tyłkiem…
– Jasne, tyłkiem… Tył u większości ludzi jest martwy, zwyczajnie martwy, ponieważ nie jest używany do niczego, kapujecie?
Wszyscy zaczęli się dobrze w tym tańcu czuć.
– Może i my spróbujemy…? – Wybąkała W.
– Czemu nie.
Poczułem jej prosty i giętki tył na swoich sztywnych placach, jej dolna część naciskała mocno i rozkosznie na moje, umięśnione od gry w piłkę, nogi; odrzucone do tyłu włosy spadały kaskadą na moje piersi. Byłem onieśmielony. Ona zaś chichotała.
– Hey, powiedz mi, co chcesz mi powiedzieć łopatkami…?
Ktoś zagasił światła i zgłośnił muzykę. Wszyscy się wili w dzikim i dziwacznym tańcu, w zadymionym i prawie całkowicie ciemnym pokoju, do którego, przez uchylone drzwi od kuchni, wdzierała się jedynie struga pomarańczowego światła.
Nieprzytomnie oczy wkleiłem w W., wpatrzony w nią, w jej ciało co słuchało muzyki, w jej oczy, powieki, w których dostrzegałem muzykę. Muzyka naglę stała się jakby cichsza, ale nie straciła rytmu. Kołysaliśmy się, utrzymując tempo, reagując na nagłe przyśpieszenia i zwolnienia palców szarpiących struny, lekkie uderzenia perkusji, odchylenia i falowania tonu i brzmienia. Później tempo stało się szybsze na co wszyscy zareagowali gwałtowniejszym tańcem, wijąc się niczym gady w jakiejś puszce. Oczy wywracały się, błyszczał pot, piersi podskakiwały, a głowy w podskokach przebijały kłęby dymu, skumulowanego pod sufitem.
I naglę ktoś wpadł na szalony pomysł, kazał robić wszystkim masaż nożny. Leżałem twarzą do podłogi, a W. chodziła boso po moich plecach w tę i z powrotem. Balansowała na pośladkach. Zeskoczyła.
– Zabolało?
– Nie, w porządku, kontynuuj.
– Teraz moja kolej.
Nie, protestowałem, jestem za ciężki, niezdarny, połamię Cię. Nie nalegaj, nie, nie…
Uległem, zdjąłem skarpetki, stanąłem delikatnie na plecach W., utrzymując równowagę wyciągniętymi ramionami. Jej ciało ugięło się pod moim ciężarem.
– To mi znakomicie robi na kręgosłup, czuję to.
Stąpałem jedną nogą w pasie, drugą po pośladkach, naglę straciłem równowagę i runem na podłogę.
– Ojej, nic Cię się nie stało…? – posłyszałem.
– Nie, ale lepiej będzie jak już zakończymy tę zabawę.
Moją uwagę przykuło nagłe oświetlenie pokoju, światłem uderzającym z kuchni, po roztworzeniu drzwi na oścież. W kuchni, po szafkach buszowała jedna z dziewczyn… Wchodząc do kuchni, zapytałem:
– Pomóc? Czego konkretnie szukasz..?
– Gdzie jest Olej?
– W lodówce.
– O. Dobra, chodź. Rozbierzemy się wszyscy i natrzemy olejem. Próbowałeś kiedy? To będzie fantastyczne.
Będąc już w pokoju, rzuciła przez ramię:
– Chodź noo… Zabawa zaczyna się rozkręcać.
Podjąłem decyzje: – Najlepiej będzie, jak już pójdę spać. – Przeniosłem się do swojego pokoju. Śmiechów, muzyki, prawie nie było słychać. Ucieszyło mnie to, ze względu na sąsiadów – pewnie już dawno spali. Stałem znieruchomiały. Jedna część mojego ciała mówiła mi ponuro: kładź się, nie chcesz chyba żałować jutro tego dnia, jak coś głupiego zrobisz. A druga mówiła: Wracaj tam, i baw się jak szalony. Natrzyj W. olejem. Na wpół przytomny kręciłem się na jednej nodze, prawie śpiąc na stojąco. Ku mojemu zdziwieniu, w drzwiach mojego pokoju pokazała się W., i wyszeptała:
– Czy będziesz miał coś przeciwko temu, jeśli wdepnę do ciebie na noc?
– Nie, proszę. – Wymamrotałem słabo, prawie bezgłośnie. Zastanawiając się, co się ze mną dzieje.
– Gdzie mam spać? – zapytała.
– Na łóżku, ja się prześpię na podłodze.
Rozłożyłem koc, rzuciłem poduszkę na niego, położyłem się, przykryłem następnym kocem. W. już leżała w łóżku.
– Jest ci tam wygodnie…?
– yhym… jest zupełnie wygodnie. – Powiedziałem będąc już we śnie.
Po chwili dotarło do mnie, ze ona leży obok mnie, kilkanaście centymetrów nade mną. Drgnąłem, rozbudziłem się, leżałem bez ruchu. Po jakiejś chwili wstałem, usiadłem na krześle, przyglądałem jej się przy zapalonej lampce, stojącej na biurku. W. otworzyła oczy, popatrzyła na mnie nieprzytomnie, później ze strachem, następnie ze śpiącym rozpoznaniem.
– Nie mogę spać, chyba poczytam książkę.
W. podniosła róg kołdry cichym, zapraszającym gestem. Wsunąłem się pod kołdrę, w łóżku było ciasno i gorąco, musiałem się wtulić w W., żeby nie spaść. Nie muszę nic więcej w tym temacie dodawać.
– Och.
W odpowiedzi.
– Ach.
A wszystko razem nie było satysfakcjonujące. Sen owinął razem z nami całe łóżko. A w nim, we śnie, kroczyłem lasem ciemnym i gęstym. Wyszedłem z gaju wprost na polanę, nad nią wisiało ogromniejące słońce, mieniące promieniami krople rosy, spływające po źdźbłach traw; ochładzające moje nagie stopy; padłem na plecy, zamknąłem oczy – chyba zasnąłem raz kolejny. Oczy wypełniły się ciemną przestrzenią ze zdaniem świdrującym umysł:
– To sen…?
Jesień, 2011
- 962 odsłony

