w księżycową, jasną noc (ayahuasca).
detale
raporty now
w księżycową, jasną noc (ayahuasca).
podobne
Do przygotowania Ayahuaski użyłem 40g rozdrobnionego banisteriopsis caapi i 12g sproszkowanej mimosy hostilis. Każdy ze składników warzyłem trzy razy po 3 godziny w osobnych garnkach ze stali nierdzewnej, za każdym razem zalewając materiał roślinny 2,5l wody destylowanej i dodając do każdego warzenia 1 łyżkę stołową octu spirytusowego (kwasowość 10%). Po 3 godzinach warzenia w temperaturze bliskiej wrzenia (starałem się nie dopuścić do pełnego zagotowania, jednak mimo wszystko kilka razy wywar się zagotował) odcedzałem pięciokrotnie każdy ze składników przez t-shirt. Odzyskany materiał zalewałem ponownie wodą destylowaną i octem, w proporcji jak powyżej. W międzyczasie odparowywałem odcedzone wywary do objętości ok. 100ml każdy. Po ok. 10 godzinach warzenia i końcowej redukcji objętości, uzyskałem wywary B. Caapi i mimosy, z których każdy miał ok. 200ml. Zostały one wstawione do lodówki, a następnego dnia wywar mimosy został ostatecznie odcedzony, tak aby uniknąć poruszenia powstałego przez noc osadu. Nie odcedzałem końcowego wywaru z B. Caapi.
Moja pierwsza podróż z Ayahuaską zaczęła się w majowy wieczór, krótko po 20.00, kiedy to wyjąłem z lodówki i podgrzałem ok. 120 ml wywaru z B.Caapi. Siedząc w fotelu patrzyłem przez szklane drzwi na ogród, sącząc małymi łykami niemiłosiernie gorzki i niepozbawiony posmaku octu eliksir. Narastały we mnie napięcie i niepokój, czułem lekkie kołatanie serca i doświadczałem opancerzającego się lękiem ciała. Podobne objawy towarzyszą mi zawsze, kiedy stoję na progu, chcąc postawić pierwszy krok na niezmiennie nieprzewidywalnym terytorium. Obawiałem się ewentualnych wymiotów, biegunki i tego, czy reakcja ciała na wywar nie zdominuje całości doświadczenia. Na wszelki wypadek przy fotelu czekała plastikowa miska. Wypicie pierwszego wywaru zajęło mi ok. 15 min. Prawdopodobnie dlatego że piłem go małymi łykami, uniknąłem natychmiastowej reakcji wymiotnej. Miałem lekkie, lecz całkowicie do opanowania mdłości, a jednocześnie narastało we mnie uczucie relaksu i czułem że lęk ustępuje miejsca ciekawości i otwartości. Postanowiłem odczekać pól godziny i wypić wywar z mimosy. W międzyczasie pojawiły się subtelne zmiany w mojej percepcji ciała i otoczenia. Czułem się bardziej rozluźniony, nieco trudniej było mi kierować uwagą. Postrzeganie, myśli i odczucia z ciała „płynęły”, nie zatrzymując się na dłużej w świadomości i jakby wyślizgując się uwadze. Nadszedł czas na mimosę. Tym razem wypicie ok. 120 ml wywaru zajęło mi 5 min i jego smak miał w sobie dwa razy więcej gęstej goryczy w różnych odcieniach, niż wywar z Caapi. Teraz poważnie zacząłem liczyć się z nieuchronnością zwrócenia cennej zawartości żołądka plastikowej misce, która prawdopodobnie tylko na to czekała. Wpadłem na myśl, aby przegryźć nieznośną gorycz kilkoma jagodami. Bardzo pomogło! Miałem wprawdzie jeszcze dwa momenty, kiedy wydawało się że nieuchronnie zwymiotuję, na szczęście jednak zdołałem przeczekać i mdłości całkowicie ustąpiły.
Po ok. 20 min. pojawiły się pierwsze silne objawy działania Ayahuaski. W uszach, co kilkanaście sekund słyszałem krótkie huki, podobne do szybkich i bardzo mocnych podmuchów wiatru, lub przypominające odgłos płomienia strzelającego z dyszy gazowego palnika. Czułem wyraźnie bicie serca, przyspieszające tętno i fizjologiczny niepokój. Miałem kilka panicznych myśli, ale poddałem się nadciągającej nawałnicy, mając świadomość nieodwracalności rozpoczętego procesu. Przestrzeń mojej świadomości wypełniły błyskawicznie zmieniające się, chaotyczne obrazy, dźwięki, fragmenty scen z dzieciństwa, snów, strzępki wizji z grzybowych tripów. Przez głowę przemknęła mi myśl o podobieństwie mojego stanu do opisów doświadczeń śmierci klinicznej, kiedy to ludzie w ułamkach sekund widzą całe swoje życie. Z tą różnicą, że film z mojego życia został najwidoczniej pocięty i sklejony na nowo przez jakiegoś szalonego montażystę, przez co miał wprawdzie niewiele sensu, za to osiągnął potężny efekt dramaturgiczny. Moje ciało w tym czasie podróżowało na swój sposób: tułów kołysał się wykonując szybkie i krótkie ruchy w tył i do przodu, a obie stopy rytmicznie i nerwowo uderzały piętami o podłogę. Minęło ok. 10 min, ale w kategoriach subiektywnego odczucia czasu był to okres kilka razy dłuższy. Ważnym emocjonalnie akcentem tego etapu była wizja postaci mojego ojca, z którego ciała powoli wyłoniła się ogromna kobra. Głowa węża zbliżyła się do mojej twarzy, gad przez chwilę przyglądał mi się z zaciekawieniem, a ja próbowałem odczytać jego intencje. Trwało to bardzo krótko. Wąż zaczął nagle kąsać moją głowę, rzucał się na nią raz za razem, a ja czując się zupełnie bezsilny, poddałem się wizji, która po chwili się wyczerpała.
Wkrótce po ataku agresywnego węża doświadczyłem zmiany kolorytu emocjonalnego. Na moment znalazłem się w oku cyklonu, nawałnica obrazów ucichła. Za zamkniętymi oczami ujrzałem fragment twarzy pięknej kobiety. Jej idealnie zarysowane usta uśmiechały się lekko, z życzliwością. Nie byłem w stanie zobaczyć jej oczu, tylko podbródek, usta i nos, ale to co widziałem uosabiało mój ideał kobiecego piękna...Obraz wywołał we mnie natychmiast uczucia miłości, otwarcia, zaufania. W głowie usłyszałem: „teraz przez jakiś czas będzie trochę bolało, a później będzie już dobrze. Muszę wyczyścić pozostałości twoich grzybowych tripów.” Zaraz potem wpadłem znowu w wir intensywnych wizji. Trudno mi w tej chwili odtworzyć ich szczegóły. Były to głównie niezwykle złożone, abstrakcyjne konstelacje podobne do mandali lub pieczęci, naładowane znaczeniami poza moimi możliwościami werbalizowania. Ich pojawianiu się towarzyszyły silne reakcje emocjonalne we wszystkich chyba możliwych odcieniach. Miałem przekonanie, że właśnie trwa proces oczyszczania.
Po kilkunastu minutach wizje zaczęły tracić intensywność, a ja poczułem się bardzo wyczerpany fizycznie i emocjonalnie. Postanowiłem się położyć. Leżąc w stanie bardzo podobnym do snu, doświadczałem pierwszych przebłysków przejrzystości. Obrazy pojawiały się teraz nie w mojej głowie, ale w ciemnej przestrzeni pokoju. Wprost z powietrza, przed moimi oczami wyłaniały się postaci kobiet w pięknych długich sukniach, o niemożliwych do opisania kolorach i fakturze. Przestrzeń mieniła się kolorami, wypełniały ją złociste wstęgi. Doświadczałem momentów niezwykłej ciszy. Dryfowałem w półśnie.
Mijała godzina podróży a ja czułem, że wracam do zwykłej rzeczywistości. Odczuwałem niedosyt, będąc wciąż pod wrażeniem głębokiej ciszy i mieniących się kolorami, świetlistych wstęg wypełniających przestrzeń. Dlaczego to trwało tak krótko? Być może z powodu zbyt długiej przerwy pomiędzy wypiciem pierwszego i drugiego składnika? Teraz wlałem resztę wywarów do jednego naczynia i podgrzałem je razem. Wypiłem szybko, w ciągu minuty i natychmiast przegryzłem kilkoma jagodami, aby pozbyć się uczucia goryczy. Przez chwilę walczyłem z mdłościami, ale i tym razem obyło się bez większych sensacji. Położyłem się w ciemności i wkrótce (po ok. 10 min) podróż rozpoczęła się na nowo, z podobną do początku pierwszego etapu intensywnością. Jednak tym razem było to jak przedzieranie się przez trudny odcinek terenu, aby dostać się na szczyt majestatycznej góry oświetlonej złotym, księżycowym blaskiem. Natłok chaotycznych wizji szybko ustąpił i doświadczyłem głębokiej, bezkresnej, ekstatycznej ciszy. CISZY. Cisza i Przestrzeń były dwoma aspektami podstawowej Jedności, przenikały wszystkie postrzegane obiekty, także moje ciało, emocje i myśli. Granice pomiędzy przedmiotami, wnętrzem i zewnętrzem straciły solidność, bo wszystkie materialne przejawy były tylko kreacjami tej samej, podstawowej Przestrzeni. Wszystko wokół mieniło się niezwykłymi odcieniami złota, srebra i błękitu. Przypomniało mi to obrazy z dzieciństwa, kiedy w starej stodole dziadka obserwowałem z zachwytem jak pod wpływem snopu słonecznych promieni pozornie pusta przestrzeń ożywa nagle miliardami drobinek kurzu, które tańczą, lśniąc jak odpryski stłuczonego lustra. Byłem w cichej, spokojnej ekstazie, po policzkach płynęły mi łzy. Czułem się połączony ze wszystkim, włączony we wspólną Przestrzeń i Ciszę. To było jak powrót do Domu.
Wkrótce zacząłem doświadczać wizji opisujących powiązania i zależności pomiędzy różnymi planami rzeczywistości. Widziałem Wszechświat jako żywy i ewoluujący organizm, wypełniony subtelnymi rezonansami, które były formą transmisji informacji niezbędnych dla rozwoju wszystkiego co istnieje. Widziałem, że poszczególne gatunki roślin, zwierząt, a także ludzie rezonują w precyzyjnie określonych częstotliwościach, wymieniając niezbędne do podtrzymania i rozwoju życia informacje. Widziałem, że każda forma organizacji, czy to pojedyncza komórka, człowiek czy słońce, posiada energetyczny „praobraz”, kod wibracyjny, matrycę, zgodnie z którą istnieje. W mojej głowie pojawiła się informacja: „To jest prawdziwe znaczenie stworzenia na obraz i podobieństwo”.
Ten etap podróży był jak czerpanie z multimedialnej biblioteki, gdzie wizje i rozumienie są ze sobą nierozerwalnie związane. Wiele treści przybrało formę złożonych obrazów, których nie jestem w stanie precyzyjnie zwerbalizować. W odróżnieniu od moich doświadczeń z LSD i grzybami, gdzie wglądy i odkrycia były wciąż efektem własnych intelektualnych czy emocjonalnych wysiłków w stanie zmienionej świadomości, tutaj wiedza i wglądy zdawały się pojawiać w postaci gotowej , tak jakby umysł odczytywał lub pobierał je z nieznanego źródła.
Około 1.00 postanowiłem wyjść do ogrodu, wciąż czując niesłabnącą siłę działania Ayahuaski. Księżyc kapał złotem na drzewa i dom. Przestrzeń naładowana była niemalże namacalną energią. Wystawiłem fotel i usiadłem w niemym zachwycie. Moje myśli w tym momencie pełne były wdzięczności – za to że żyję, że jestem częścią tej tajemniczej całości, że mogę doświadczyć tej nocy, Ayahuaski, miłości. I smaku krakersów, których paczkę wziąłem ze sobą, a teraz delektowałem się ich zapachem i smakiem, tak jakbym jadł naprawdę pierwszy raz w życiu.
Po około 30 minutach wróciłem do domu, włączyłem „Password for entheogenic experience” Alio Die, zgasiłem światło i pozwoliłem sobie dryfować wśród wciąż intensywnych obrazów. Nie wiem kiedy zasnąłem. Kiedy otworzyłem oczy było kilka minut po 6.00. Wciąż czułem błogość w ciele i pragnienie powrotu do snu. Przeniosłem się do sypialni i z uczuciem wdzięczności za najpiękniejszą noc w moim życiu zasnąłem.
- 3050 odsłon


Odpowiedzi
Ciekawy trip raport czytałem
Ciekawy trip raport czytałem z zaciekawieniem.
Dziękuję za zainteresowanie.
Pozdrawiam :)
Co do kobiety- Maryja? ;p
Co do kobiety- Maryja? ;p