sylwester na zielono by tillwedie
detale
sylwester na zielono by tillwedie
podobne
Doświadczenie: Tytoń, alko, DXM, MJ, efedryna
S&S: Sylwester, chata tylko do naszej dyspozycji, totalny luz, nic złego się nie przytrafi.
Substancja: Ponad 3g MJ z czego spaliliśmy około 2g.
Wiek: 16
Tego sylwestra razem z funflami spędzamy u mnie. Zapasy już zrobione, wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Wyjmujemy zioło i zaczynam je nabijać w lufkę. Idzie mi to bardzo łatwo, towar jest "wilgotny".
OK, ja nabijałem, to do mnie należy pierwszy strzał. Zaciągam się... o kurwa! dobre. Przekazuję koledze ten następnemu itd. Dzięki mojej przebiegłości udało mi się oszukać kilka razy i zarobiłem dodatkową chmurę. Mój kolega P, któremu jakoś zwykle ciężko się znaleźć po MJ, po jakiejś już piątej komecie coś zaczyna pierdolić, co mnie maksymalnie przeraża, abym się tylko nie zaraził tym jego plackiem.
Towar okazał się zajebisty. Po pewnym czasie zwaliło mnie z nóg. W mojej głowie panował totalny rozpierdol, do tego dochodził fakt, że dusiłem się ze śmiechu. Śmiałem się ze wszystkiego i niczego. Zaczął mnie boleć przeraźliwie brzuch od tej zabawy, więc postanowiłem, że coś zjem. Dosłownie moment mija, a tu 3/4 zapasów poszło się jebać.
P się rozkręcił. Teraz pierdoli jak go to serce nie boli i że zaraz umrze. Kładę na niego laskę i próbuję się przedostać z WC do pokoju, co sprawia mi nie lada trudność, gdyż zamiast nóg mam galaretę i ląduję na ziemii razy sto zanim dołączę do przyjaciół w salonie. Widzę kumpli, O rozjebany pod stołem, P trzyma się za serce, T jest w stanie używalności. That's OK. Idziemy dorzucić buszka plus kradniemy P ruskie fajki, na co od razu budzi się O. No to w czwórkę walimy z powrotem do kibla.
Ciach po buchu, po drugim, po trzecim itd., itp. i jesteśmy rozjebani jak prosiaki. Duszę się ze śmiechu. Wszystko jest takie kolorowe jak w jakimś serialu. Wszystko mi się jebie, ląduję na deskach. Słyszę T jak się śmieje. Wtóruję mu no bo kurwa co, jak się bawimy to bawimy. Przymknąłem oczy. Pojawiło się uczucie jakby coś mnie wciągało, już nie daję rady. Czołgam się do P (ten dalej trzyma za serducho), i mówię czy by mi Tigera nie rzucił. OK, udało mu się. Ciach wypijam zawartość butli, super, mogę wstać się bawić. Do pokoju wpada T. W stanie używalności zostaliśmy tylko ja i on. Patrzymy na zegar. Jest grubo po pierwszej. Chujowo, przegapiliśmy nowy rok. Złożyliśmy sobie na szybkiego życzenia i wybijamy na taras na małego buszka.
Kilka zaciągnięć i wracamy do zabawy. Nie mogę ustać, mam w głowie jakiś mikser. Patrzę na T, a ten mi wkręca, że ktoś nas podgląda. Ja się wkurwiam, że chyba tylko ja nie mam żadnej paranoi, no chyba że policzymy O, ale on nie kontaktuje.
Nagle wpadam na szatański plan. Cisnę do kuchni wysypuję pieprz, a na to nakładam tabakę. U hu hu, wołam P, żeby szybko przyszedł. On mi się pyta co jest, no to mu tłumaczę, że musi to wjebać do nosa to wszystko będzie cud miód. Super, jeb jedna dziura, ciach druga. Kurwa, co jest? Nagle patrzę na niego. Istny płacz i zgrzytanie zębów. Do kuchni wpada T i mówi, że widział kogoś w oknie. OK, spierdalaj i dalej tarzam się po podłodze ze śmiechawy. Nie wyrabiam. Zabieram T i lecimy jeszcze po buchu. Jako, że już na pewno późna godzina to mówię, że kto chce to zostaje jak nie to nie, bla bla bla, ja idę w kimę, pa skurwysyny.
Rano budzę się i jest niezła zwała. W głowie się kołuje, nogi jak galareta. Całe szczęście rodzice niczego nie zauważyli (mam nadzieję). Ogólnie najmocniejsza i najwspanialsza przygoda z MJ. Pozdrawiam.
- 1526 odsłon

