Nazwa substancji: Marihuana
Poziom doświadczenia: Marihuana, alkohol, DXM, Benzydamina(1raz), ectasy(1 raz), feta(1raz)
Set & setting: Grudzień, długo oczekiwany dzień w planach od kilku miesięcy:)) z kumplem w mieście...
godz.11.00
Po długiej wycieczce do kumpla (około 20 km) w czasie lekkiej mżawki, dotarłem do kumpla gdzie byli jego znajomi... Na początek podali winko za 4 zł, popatrzyłem z niechęcią i wziąłem łyczka...Widząc, że oni wszyscy są już rozbawieni, a ja nie bardzo bo nie dosyć, że reszty nie znam, to byłem najtrzeźwiejszy. Spytałem czy spalimy jakąś rurę...
4 osoby paliły, spaliliśmy 2 lagi.
Po spaleniu moje nowe kontakty jakoś się polepszyły, integracja.
Śmieszne teksty, beka co chwilę, jakieś dziwne motywy... Staliśmy koło takiego drzewa, kumpel spytał się, czy to drzewo jest drewniane czy plastikowe, ja patrząc na moje grube rękawice spytałem się kogo to są ręce... I wiele innych które kiedyś może mi się przypomną.
godz. 12.30
Ruszyliśmy wszyscy do sklepu po.... chleb, za sprzedane butelki od wina.
Kupiliśmy 4 chleby i jakieś picie.
Jedząc to wszystko pod sklepem, mieliśmy straszną bekę, każdy stał z wielkim kawałkiem chleba, z rogalem na ryju i z pełnym ryjem chleba, zjedliśmy... Spaliliśmy rurę i poszliśmy, widząc co robi jeden z kolesi, powiedziałem 'chociaż raz nie jestem najbardziej ujebany'.
Ktoś rzucił zabawę, żeby mówić skomplikowane zdania...
Jola lojalna jola nie lojalna. Nikt nie mógł się nad tym wysłowić, aż w końcu powiedziałem:
jola ma lola jola nie ma lola. No i znowu polewka i dorabianie innych wersji
(pseudo kogoś wśród nas) ma lola, (pseudo kogoś wśród nas) nie ma lola.
Spaliliśmy rurę i każdy oprócz mnie i kumpla poszedł do domu...ciarek się skończył...
godz.13.20
Poszliśmy na jeden koniec miasta bo podobno kumpel miał bakę, a raczej jego sąsiad. Tamten kumpel zadzwonił do sąsiada, a sąsiad mówi ze wszystko spalił... Tamten gościu, co miał skręcić nam coś poszedł z nami do innej klatki, dowiedział się, że było by coś ale jakieś 3 km dalej, w innej części miasta... Chciałem wejść na rower i mieliśmy tam dojechać... Patrzę, a tu łańcuch zleciał. Z trudem założyliśmy ten łańcuch, patrzę a tu nie ma powietrza w kole. Stwierdziliśmy, że nie będziemy kupować dętki bo i tak w tym stanie nic nie zrobimy, a na dodatek nie starczy na ciar. Po drodze weszliśmy na pkp, dowiedziałem się, że pociąg do miejscowości 9km ode mnie jest za 3 godzinki... Trochę mnie przeraziło, że to aż 9km i to w deszczu i nocą, ale innego wyjścia nie widziałem...
godz.14.30
Doszliśmy do miejsca gdzie miał być gościu z ciarem:) poczekaliśmy jeszcze moment i zjawił się typowy, pusty ćpun w dresach, pigułozżeracz.
Popatrzyłem na siatę (około 5 rur)... Standard. Powąchałem i mówię ok...
Gościu powiedział "milej zabawy", głupio i pusto się zaśmiał i poszedł w inną stronę.
Zapaliliśmy koło graffu z typowym rasta z gibonem w ryju i małymi oczami...
Przy 2-3 buchu poczułem moc prawdziwej Marii. Wszystko kojarzyło mi się z filmem "o dwóch takich co poszli w miasto". Zaczęliśmy z zachwytem rozmawiać o tym filmie i wydał się idealny na nasz klimat...
No i typowe zamotanie gandziowe...
-Idziemy do parku?
-Niee wiem bo tam mieszka kumpel i znając życie to coś od nas wysępi...
Cisza.
Doszliśmy do skrzyżowania.
-No to gdzie idziemy?
-Ok, chodź do tego parku, tam jest ładnie.
Doszliśmy i zaczęliśmy chamsko, garściami jeść chipsy popijając jakimś energetyzującym napojem...
Co chwilę ktoś z nas próbował mówić coś sensownie, ale raczej to nie wychodziło. I te pojedyncze dialogi kończyły się śmiechem...
godz. 16.00
Pociąg miałem o 16.38 więc udaliśmy się na pkp, kupiłem bilet posiedzieliśmy na peronie podziwiając głos w pani w głośnikach i pociągi.
Nadjechał mój pociąg, wsiadłem, a najpierw pytając się ludzi czy to do xxx.
Spytałem jeszcze konduktora i bylem już spokojny, że dojadę. Wysiadłem z pociągu i szedłem w deszczu i nocy, z popsutym rowerem podsumowując banię i licząc kroki. Doliczyłem 1000, a do domu to było chyba z 10000...
Pomimo bólu nóg, tą wycieczkę podsumowuję bardzo miło.